Opis porodu

Wracam po długiej przerwie! Do tego wpisu podchodziłam wiele razy, w przerwach między karmieniem, snem, ogarnianiem mieszkania, przyjmowaniem gości, więc troszkę mi się zaszło. Za chaotyczność lub błędy przepraszam, na szczęście mam usprawiedliwienie. Dziś dorwałam komputer, więc zapraszam!

30 lipca o 2 w nocy obudziły mnie skurcze. Na początku delikatne napinania, z których nic sobie nie robiłam, ale były dość częste.

Po godzinie się wzmocniły, więc zapaliła mi się czerwona lampka, poszłam pod prysznic przegonić „skurcze przepowiadające”, ale one cały czas były silniejsze.

Zaczęłam je liczyć, były co 5-6 minut. Obudziłam męża, powiedziałam, że chyba się zaczyna. Dopakowaliśmy moją walizkę szpitalną i ok. 5:00 ruszyliśmy do Szpitala Bielańskiego.

W drodze modliłam się „oby to nie był fałszywy alarm, bo wstyd, żeby położna porodu nie rozpoznała”. No ale skurcze regularne, więc to raczej to!

Po 5:00 w szpitalu pustki na izbie przyjęć, myślę – dobrze, nie trzeba czekać.

Położna zaprosiła mnie na zapis KTG, faktycznie skurcze się pisały, odczuwałam je boleśnie w dolnej części brzucha, kręgosłupa i w biodrach.

Następnie badanie przez lekarza – szyjka długa, przepuszcza palec, głowa nad wchodem miednicy.

Początkowa faza porodu. Miałam czekać na rozwój akcji na oddziale patologii ciąży.

Zostałam skierowana na USG, w celu oceny masy płodu, okazało się, że Filip waży 3800-4100g. W tym momencie pożegnałam się z myślą o porodzie naturalnym. Wiedziałam, że przez jego wielkość mimo skurczów poród nie postępuje. Podczas skurczu główka uciska na szyjkę macicy powodując rozwarcie. Mój synek nie schodził niżej, główka za duża względem mojej miednicy. Nie było szans.

Po południu skurcze się rozeszły.
Następnego dnia poranny zapis KTG, znów regularne i odczuwalne skurcze. Kolejne badanie – przez lekarza „rzeźnika”. Myślałam, że wylecę w kosmos z bólu. Ale ciągle brak postępu. Chcieli indukować (wywoływać) poród, ale jako, że szyjka bez rozwarcia, to nie mogli założyć cewnika Foleya, czekałam na kolejny dzień.

W czwartek powtórka z rozrywki, ale lekarz połasił się na zmierzenie mi miednicy. Alleluja! W końcu na to wpadł (widząc mnie na sali, jako, że do wielkich nie należę, patrząc na brzuch wszyscy pytali, czy na pewno noszę jedno dziecko).

Lekarz wziął w ręce miednicomierz i zaczął mi tłumaczyć co będzie robił. Powiedziałam, że wiem doskonale, bo jestem położną. Dr zrobił wielkie oczy, po czym zaczął mnie badać pytając w międzyczasie o moją karierę zawodową.

Oczywiście wszystkie moje wymiary były zawężone a ten najważniejszy – sprzężna zewnętrzna okazała się sporo za mała – 16 cm. Zaproponowano mi wtedy cięcie cesarskie uprzednio wymieniwszy wszelkie komplikacje, które mogą nastąpić wskutek operacji. Wyraziłam zgodę czując, że i tak poród zakończyłby się cięciem, a wolałam już nie męczyć się ze skurczami.

Cięcie cesarskie umówiono na następny dzień, czyli 2.08.2013 – termin porodu. Wyszło na to, że nasz syn będzie terminowy do bólu.

2 sierpnia 2013

Na śniadanie dostałam dwie kroplówki grzecznie czekałam na moją kolej – tego dnia były trzy planowe cięcia cesarskie.

Siedzieliśmy z mężem na sali i próbowaliśmy zachować spokój. Już niebawem czekała nas ogromna zmiana w życiu. Będziemy rodzicami!

Po 10:00 przyszła po mnie położna. Zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy w stronę bloku porodowego. Kamil został na korytarzu, a ja usiadłam na stole operacyjnym i czekając na anestezjologa zaczęłam się trząść ze strachu. Nie mogłam opanować drżenia ciała. Przyszedł bardzo miły doktor, uspokoił mnie słowami „za moment wbiję pani igłę w kręgosłup!” 😉 Atmosfera podczas znieczulania była miła, lekarze i położne/pielęgniarki żartowali. Jak położyli mnie na stole i „czułam”, że nóg nie czuję, przyszło dwóch lekarzy, poszarpali mną, poszarpali i o 11:20 usłyszałam pierwszy krzyk, a wręcz wrzask mojego syna! Oj nie był zadowolony, że go wyciągnęli z brzucha.

Przez chwilę poczułam się jakbym była po prostu położną przy cięciu cesarskim. Nie dochodziło do mnie, że wszystko dzieje się naprawdę. Że to moje dziecko pokazują mi zza zasłonki.

Lekarze stwierdzili, że raczej urodzić naturalnie by mi się nie udało.

Wzięli zaraz Filipa do badania, a ja patrzyłam na mojego maluszka ze łzami w oczach. Anestezjolog wyszedł do mojego męża i wpuścił go do takiego pomieszczenia przy sali operacyjnej, gdzie przez szybę mógł nas zobaczyć. W jego oczach widziałam zachwyt, uśmiech nie znikał z jego ust!

Po badaniu pediatrycznym dowiedziałam się, że Filip ważył 4080 g, mierzył 58 cm i dostał 10 pkt. W skali Apgar, czyli wszystko było w porządku.
Mnie zszywali, a Filip zawinięty w kilka pieluszek z pomocą położnej został przytulony do mojego policzka. Łzy ciekły mi z oczu. Później pojechał do szczęśliwego taty na zapoznanie i krótką sesję zdjęciową.

 IMG_6305

Na skutek znieczulenia miałam straszne bóle w barkach. Byłam zdziwiona – nigdy się z tym nie spotkałam. Miałam wrażenie, że coś miażdży mi kości i mięśnie. Pomasowałam się troszkę, dostałam ketonal. To chyba było najgorsze podczas całej operacji.

Później przewieziono mnie na salę pooperacyjną, gdzie do godziny 7 następnego dnia leżałam szprycowana lekami przeciwbólowymi, które w pewnym momencie przestały już działać.

Po kilku minutach(?) po porodzie Kamil przywiózł mi w wózeczku szpitalnym Filipa, poprzytulaliśmy się, byliśmy bardzo szczęśliwi i ciągle nie mogliśmy wyjść z szoku po tym, co się właśnie wydarzyło. Jest Filip po tej stronie brzucha. Nasz mały skarb!

Czas na sali pooperacyjnej płynął bardzo szybko i sen przerywany był pomiarem ciśnienia i pytaniem położnej, czy chcę coś przeciwbólowego. Dostawałam morfinę, po której ból nie zelżał, ale miałam odpływy, oczy mi gdzieś uciekały i zasypiałam.

Rano rzucono mi wyzwanie – trzeba było wstać. Tylko jak to zrobić nie napinając mięśni brzucha? Powolutku, zaciskając zęby opuściłam nogi z łóżka, usiadłam.. Jak to strasznie bolało!

W nagrodę dostałam na śniadanie kleik i suchary 😉

Później kolejne wyzwanie – wstać. Z tym było gorzej, ciężko się wyprostować, ale walczyłam, bo musiałam być silna dla syna. Kilka kroków do parapetu po wodę… Byle się nie poddać. Motywowałam również koleżankę z łóżka obok, której ciężej było się zebrać w garść.

Łatwo nie było, ale udało się. Z każdą godziną było coraz lepiej, tylko w ramionach miałam straszne zakwasy po tym znieczuleniu…

To jeszcze nie koniec tej historii, ciąg dalszy w następnym wpisie – ten i tak jest rekordowo długi, za co przepraszam, ale chciałam opisać wszystko tak jak było naprawdę. Na pamiątkę.

Dołącz do mnie na Facebooku!

Zobacz też:

  • Co mogę powiedzieć. Gratuluje szczęśliwcem 🙂

  • Jeju, aż napinałam mięśnie i wytrzeszczałam oczy jak czytałam – tak się wczułam! Świetnie! 🙂

  • Lena

    Jeszcze raz wielkie gratulacje 🙂 A Ty Kasiu bylas dzielna, medal Ci sie nalezy! :)))
    Super wpis 🙂 Czekam na druga czesc 😉

  • MakeUpYourself

    Po pierwsze gratulacje!

    Ja też miałam nieplanowane cc, z powodu zagrażającej martwicy i jeszcze kilku rzeczy rok temu w czerwcu. W szpitalu leżałam 6dni, z powodu wysokiego CRP. Samą operacje wspominam dobrze, płakałam cały czas, bałam się o zdrowie małego ale naszczęscie Rafał był przy mnie cały czas i trzymał mnie za rękę. Polecam szpital SW. ZOFII najlepszy na świecie! Położne wspaniałe, uczą i pomagają w tych pierwszych chwilach.
    Ja po cc pamiętam ten ból po, z chodzeniem nie miałam problemu, podnoszenie się do siadu to był hardcore, plus nie wiem czemu ale MEGA MEGA bolały mnie żebra i to tak z dobre 2,5tygodnia, jakby mi ktoś nieżle w nie przyłożył i kręgosłup-ale to przez złą pozycję przy karmieniu.

    Teraz kolejny poród przewidywany na początek marca, nie wiem czy siłami natury czy znów cc, trochę mam pietra, pierwsza ciąża przebiegła beztrosko, teraz mam więcej do myślenia

  • marza

    Super opis! Wzruszyłam się aż mi łzy popłynęły 🙂 Ja rodzę za niecałe 3 m-ce 🙂

  • Paulina

    Jakbym czytala poczatek mojego porodu… niby cos boli, ale nie za bardzo… tylko nie mialam usg i nie wiedzieli ile moj czlowiek bedzie wazyl podejrzewali ze okolo 2700-2800g (36tc) a czlowiek 3270g… szok byl tym wiekszy ze liczyli ze nie dam rady urodzic naturalnie… a ja sie polozyc nie dalam i na stojaco prawie urodzilam… niestety szyjka peknieta a raczej potrzaskana w wielu miejscach i lozysko rozerwane wiec mialo byc 10minut lyzeczkowania a bylo…40minut… o zagrozeniu zycia dowiedzialam sie od mojejpoloznej kilka miesiecy po porodzie… eh…