Kryzys

Jestem w 37 tygodniu ciąży. Nadeszły dni, kiedy mam wrażenie, że razem z kolejnym tygodniem ciąży dostaję w gratisie od życia dodatkowy rok na swoje konto, albo nawet 2 lata.

Czuję się jak staruszka, która ma problem z pójściem na zakupy. Jeszcze jak wyjdę z domu – jest ok, daję radę, ale wracam kołysząc się na boki, ciągnąc noga za nogą i zatrzymując się na chwilę, bo macica zaczyna pracować, więc odczuwam nieprzyjemne skurcze w podbrzuszu, promieniujące na kręgosłup krzyżowy.

Brzuch mi się trochę obniżył. Nie odczuwam poprawy w oddychaniu, ponieważ nie miałam większych problemów z dusznością, natomiast jak siedzę na krześle, to czuję go na udach i pewien dyskomfort pachwinach.

No ale NIC się jeszcze takiego nie dzieje… A ja już nie mam siły. Coraz częściej wstaję w nocy do toalety, a wstawanie to też sztuka. Dobrze, że po drodze mam łóżeczko, to mam oparcie, później drzwi i łazienka. Po całej nocy boli mnie kręgosłup. Chyba bardziej niż po całym dniu.

Dochodzi jeszcze temat porodu, którego się obawiam – jakoś za dużo widziałam, wiem, czego mam się spodziewać, wiem, że do przyjemności to nie należy… Wszystko jest takie niepewne, a ja bardzo lubię mieć wszystko zaplanowane. Nie wiem kiedy poród się rozpocznie, nie wiem jak urodzę – czy podejście do porodu siłami natury nie skończy się na stole operacyjnym.

Jest mi ciężko, gorąco, boję się i chcę już Filipa w łóżeczku, a nie w brzuchu… Filip, wychodź, już wszystko dla Ciebie mamy i czekamy niecierpliwie! Chodź Syneczku…

Dołącz do mnie na Facebooku!

Zobacz też: