Ból, płacz – baby blues

Narodziny dziecka to nie tylko ogromna radość i ulga, jest to również ogromne zaburzenie gospodarki hormonalnej i wielki stres – co będzie dalej?

Baby blues

Baby blues jest to syndrom, który po porodzie dotyka nawet 80% kobiet. Na skutek zmęczenia, silnych emocji, nakładającym się często na to nawału pokarmu, psychika kobiety na chwilę się poddaje. Objawia się on płaczliwością, huśtawką emocjonalną, zdenerwowaniem, wątpliwościami, czy młoda mama sobie poradzi. Pojawia się również poczucie winy, że matka nie jest wystarczająco dobra, zbyt mało kocha maluszka.panel1.

Jak to wyglądało u mnie?

Po mojej kwarantannie na sali pooperacyjnej był czas na przenosiny. Nie było jeszcze miejsca na oddziale położniczym (przepełnienie w szpitalu), więc wróciłam na patologię ciąży. Miło było zobaczyć jeszcze raz znajome twarze personelu 🙂 Czekałam na miejsce na oddziale położniczym i ok. 14:00 dostałam salę jednoosobową.

Przed ciążą nie myślałam o takich sprawach jak ilość osób w sali. W sumie uważałam, że fajniej jest w sali min. 2 osobowej, ze względu na to, że mogę zostawić dziecko pod okiem sąsiadki i pójść pod prysznic. Po porodzie jednak Bogu dziękowałam za odosobnienie.

Jak już tylko się zagościłam w sali poszliśmy po Filipa no i zaczęło się.

Ja – obolała, ledwo wchodziłam i schodziłam z łóżka. Bolała rana, bolały ramiona. Pokarmu brak (po cięciu cesarskim pokarm może pojawić się nawet w 3-4 dobie), ale żeby rozbujać laktację przystawiałam go do piersi za każdym razem kiedy tego żądał. Przez ból i osłabienie ledwo byłam w stanie utrzymać mojego 4-kilogramowego maluszka w ramionach.

Teraz pewnie zdziwicie się, co powiem, ale…
Ogólnie dla mnie karmienie piersią to jakaś MASAKRA! Bardzo żałuję, że to mówię, od zawsze byłam pro-karmieniu, ale wyhodowałam w brzuchu małego wampirka! Położna laktacyjna wpadała do mnie i mówiła, że wszystko robię ok, że nie powinno boleć i mam przystawiać. Łatwo powiedzieć. Niestety bolało.

Każdy płacz Fi i przystawianie do piersi było dla mnie osobistą porażką – brak pokarmu, a później jego zbyt mała ilość zmuszały mnie do jeżdżenia co 3 h na oddział noworodków na dokarmianie. Filip zjadał całe przeznaczone dla niego porcje. U mnie głodował. A ja w ryk, bo co ze mnie za matka?

Po dokarmianiu zabierałam go znów do siebie, maluszek spał, więc nie chciałam mu przeszkadzać i tak leżało moje biedactwo w tej „mydelniczce”. A ja znów łzy w oczach, bo nawet się nie poprzytulamy. Jedynie po moim „karmieniu” brałam go do odbicia, a on patrzył na mnie swoimi oczyskami z powagą na buźce i takim spokojem…

Mąż dzielnie mnie wspierał, a ja starałam się ogarnąć z tej rozsypki.

W trzeciej dobie przyszedł obchód ginekologiczny i nie widzieli przeciwwskazań do wypisu. Wiązała nas w szpitalu jedynie opinia pediatrów na którą niecierpliwie czekałam.

Musieliśmy zrobić młodemu badania krwi. Wyprosili mnie z sali – może i dobrze. Na praktykach pobierałam dzieciom krew z główki, teraz nie byłabym w stanie patrzeć jak wbijają igłę w ciało mojego dziecka. Jak go odebrałam nie spał, patrzył smutno, w zgięciu ręki miał gazik mocno przyklejony plastrem wokół ręki. Ja znów ryk, bo moje biedne dzieciątko skrzywdzili.

Oczywiście miałam cały czas świadomość tego, co się dzieje, że przecież to jest normalna procedura szpitalna, że krzywdy mu nie robią, ale wiadomo – hormony matki polki szalały, a razem z nimi moje kanaliki łzowe.

Po 2h mieliśmy diagnozę – żółtaczka. Zostajemy w szpitalu.

Przez dobę musiał się naświetlać. Fototerapię miał w „mydelniczce” (szpitalnym wózku), w mojej sali. Ta lampa jest jak solarium, daje niebieskie światło, nagrzewa się i troszkę opala. Napędzana prądem dodatkowo brzęczy.
Filip leżał na niej tylko w pampersie i miał założone okularki, żeby chronić wzrok.
Biedny walczył z nimi, próbował je ściągać, ja ciągle je poprawiałam. Nie mógł zasnąć, choć większość dzieci z żółtaczką jest bardziej senna i apatyczna. On miał w drugą stronę i ciągle próbował się wydostać z tego nieprzyjemnego urządzenia. Machał rączkami i kopał. Oczywiście płakałam razem z nim. Serce mi się krajało jak go widziałam, choć oczywiście będąc na praktykach nie raz naświetlałyśmy dzieci. No ale to nie były moje dzieci, więc mnie nie ruszało. Po prostu trzeba było to zrobić.

Dzień i noc pod znakiem czuwania. Żeby okularki nie spadły, żeby leżał raz na brzuszku, raz na plecach. Byłam wykończona.

Następnego dnia kolejne pobranie krwi, znów ta sama rączka, kolejny siniak. Ale i nadzieja, że naświetlanie pomogło. Z wynikami przyszła do nas pani pediatra.

Hurra! Możemy wyjść do domu!

Mąż przyjechał najszybciej jak się dało, otrzymaliśmy wypisy, książeczkę zdrowia dziecka i życzenia powodzenia.

Poszliśmy do położnych, podziękowaliśmy za opiekę i już nas nie było! Migiem do domu, gdzie tylko ja, mąż i on! Nasz synek.

W domu zapanował spokój. Ja się wyciszyłam, zaczęłam się cieszyć macierzyństwem, jesteśmy obydwoje zakochani w Fi i szczęśliwi, że jest już z nami.

Jak sobie radzić z baby blues?

Przede wszystkim każda kobieta w tym czasie potrzebuje bliskości. Najlepiej w tej roli sprawdza się mąż/partner. Nie powinnyśmy wstydzić się naszych uczuć, należy dzielić się wątpliwościami, obawami – po prostu trzeba to z siebie wyrzucić. We wczesnym połogu potrzebujemy również odpoczynku. Wiadomo, że dziecko wywraca do góry nogami nasze życie i jego tryb. Wstawanie w nocy, karmienie, przewijanie, uspokajanie malucha jest to spory wysiłek i stres dla niedoświadczonej matki. W pierwszych dniach po powrocie do domu warto ograniczyć ilość gości, którzy spieszą się przywitać nowego człowieka – spotkania choć miłe są bardzo męczące. Na pewno nie możemy się zmuszać do przyjmowania gości. Nasz komfort w tym okresie jest najważniejszy. Nie bójmy się również korzystać z pomocy męża przy opiece nad dzieckiem. Nie musimy od razu robić wszystkiego przy szkrabie. Dajmy się wyręczyć, niech mąż pójdzie na spacer z maluchem, a my w tym czasie się zdrzemnijmy. Gwarantuję, że baby blues szybko wyniesie się z naszej głowy i już nie wróci!

945999_10201101815900945_395734784_n

Dołącz do mnie na Facebooku!

Zobacz też:

  • Nam się udało, mała była zdrowa i grzeczna (nawet podczas pobierania krwi), jadła ile dostała i nie była głodna. Zresztą po kilku miesiąca po prostu w ogóle nie chciała cycka, więc przeszliśmy na butelkę.
    Ale na graniczy żółtaczki też była, miała bardzo wysoki poziom bilirubiny (czy jakoś tak), ale zalecono nam częste spacery, żeby światło słoneczne to rozbiło.
    Znajomy kiedyś mówił, że takie wahania nastrojów, mogą się przerodzić w poważną depresję a niekiedy kończy się nawet chorobą psychiczną matki. Taki przypadek też znam – całkiem fajnej dziewczynie totalnie odwaliło i wpadła w paranoję.
    Filip śliczny!

  • Paulka

    Wzruszyłam sie po raz kolejny przy Twoim wpisie… Przypomniał mi sie poród pobyt w szpitalu i pierwsze dni w domu…juz teraz wiemm,ze chce kiedys kolejnego maluszka:-)
    Pierwsze dni były cieżkie,nawet bardzo,ale jednoczesnie cholernie cudowne.

  • Oh lalala

    Wiesz, ja płakałam, bo chcialam do domu, bo mały płakał nocami, a ja nie wiedzialam czemu.. bo nikt nawet nie zajrzał a ja byłam swiezo upieczona mama… masakra, o byle co. Na szczęście w domu wszystko minęło.

  • Bębenek i stopka

    U mnie straszne były pierwsze trzy miesiące! Jak tylko ogarnęłam się z karmieniem (tez miałam cesarkę) nadeszły kolki i ciągły płacz… Byłam uwiązana w domu, bo mimo ze Mąż miał 2 tygodnie urlopu zostawał z Malutką tylko w mojej obecności. No i zero pomocy od kogokolwiek. Ten okres wspominam jako największą traumę życiową – zawsze byłam aktywna zawodowo, fizycznie, ze wszystkim dawałam sobie radę aż tu nagle bach! Taki mały stworek wszystko przewrócił do góry nogami… Na szczęście z każdym kolejnym tygodniem było lepiej, nauczyłam się być mamą i zakochuję się w mojej Kochanej codziennie coraz bardziej. 🙂