9 miesięcy niepewności #5

Witam Was po dłuższej przerwie w piątej części cyklu 9 miesięcy niepewności.

Kolejną bohaterką jest Majka, ma 28 lat i prowadzi własną działalność gospodarczą.

4732383609_35a12bb34d_b

Opowiedz nam swoją historię Maju

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy przed ślubem. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko.
Postanowiliśmy, że z racji mojej osteopenii przygotujemy się do tego dobrze i porobię podstawowe badania.
Badania wyszły prawidłowo, prócz ilości płytek krwi – było ich bardzo mało.
Wizyta u hematologa najlepszego w mieście, trochę badań, trochę strachu i wyszło, że to agregacja płytek krwi. Lekarka powiedziała, że taka moja uroda. Później wizyta u ginekologa, który stwierdził, że obie „choroby” nie są przeszkodą do zajścia w ciążę.
Starania zaczęliśmy 3 miesiące przed ślubem. W myśl zasady, że rzadko się tak od razu udaje.
W międzyczasie dowiedziałam się, że moja kuzynka poroniła. Było mi przykro, ale jak wszyscy pomyślałam, że to był początek ciąży, więc nic się takiego nie stało. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ta kuzynka stanie się dla mnie kimś bardzo bliskim, kimś kto mnie zrozumie.
Pod koniec kwietnia zrobiłam test i bach! Udało się za pierwszym razem. Szczęście olbrzymie zwłaszcza, że kilka dni później mąż miał urodziny. Zrobiłam dla pewności dwa wyniki z krwi i obydwa wyszły bardzo dobre.
W majówkę była u nas w domu impreza urodzinowa męża.
Przyszli wszyscy znajomi. Oczywiście życzyli Mu dziecka, bo każdy wiedział jak bardzo tego pragnie. Nie dało się utrzymać tajemnicy. Tego dnia wszyscy dowiedzieli się, że będziemy rodzicami.
Co mogło się złego stać? Przecież beta hCG przyrastała pięknie…

Przygotowania do ślubu trwały, a my wyczekiwaliśmy na pierwszą wizytę u ginekologa.
Po niej była wielka radość. Jest serduszko, dziecko się rozwija. Jedynym problemem był krwiaczek i kosmówka się odklejała, Lekarz powiedział, że na 95% na następnej wizycie będzie już ok. Czasami tak jest, ale to nic takiego.
Teściowa w prezencie przyniosła nam kwiatek – aby rósł wraz z naszym dzieckiem.
Wszystko szło w dobrym kierunku.
Po drodze był Dzień Matki w którym dostałam pierwsze kwiaty – taka słodka idylla.
Nastąpił jednak dzień, w którym kwiat od teściowej przez noc stracił wszystkie kwiatki. Po prostu uschły…
Poczułam w sobie strach.
Niestety to był początek końca. Po południu w toalecie zobaczyłam, że plamię na brązowo. Zadzwoniłam do lekarza, powiedział, że jak na brązowo, to nic złego – pewnie wina tego krwiaczka, ale żebym przyjechała o 21 na USG.
Mąż był jeszcze w pracy, ale dołączyła do mnie w poczekalni siostra. Nadeszła moja kolej, szybkie badanie i słowa lekarza „bardzo mi przykro, serce nie bije”.

Który to był tydzień ciąży?

9/10, więc początek.
Jak wcześniej myślałam, że to nic takiego, tak moje życie straciło w tym momencie sens.
Lekarz kazał mi poczekać w domu na poronienie, jednak nic się nie działo przez 2 dni, więc pojechałam na izbę przyjęć.
Tam potwierdzili wszystko i kazali przyjechać za kolejne 2 dni jeśli nic się nie wydarzy.
Pamiętam ten dzień bo był to Dzień Dziecka.
Czekałam na poronienie w domu. Szkoda, że nikt mnie nie uprzedził jak to będzie wyglądać.
Zaczęłam mieć bóle krzyżowe. Bolało coraz mocniej z godziny na godzinę i nie pomagały środki przeciwbólowe.Trwało to kilka godzin. W pewnym momencie poczułam jak coś ze mnie wylatuje. Pobiegłam szybko do ubikacji. Moje dziecko wylądowało w WC. Było malutkie, ok 1,5 cm, ale miało rączki i nóżki..
Biłam się z myślami co z „TYM” zrobić. Po chwili instynktownie spuściłam wodę.
Niestety tego widoku nie mogę wyrzucić z głowy do dziś.
Od tego momentu, życie wyglądało zupełnie inaczej.
Chociaż wszyscy wkoło zachowywali się, jakby zupełnie nic się nie działo. Nikt nie odzywał się słowem na ten temat, nikt nie pozwolił mi się wypłakać. Jedyne słowa jakie słyszałam, to, że będziemy mieć jeszcze dzieci.
Ja potrzebowałam się podzielić z kimś moim bólem. Jednak nikt mnie nie rozumiał. Przecież to początek, wiec nic takiego. Gdybym straciła dziecko, to mogę płakać. Teraz to dla nich nie znaczyło nic.
Płakałam z mężem w ukryciu. Tak, by nikt nie widział. Dla nas to było już dziecko, nasze upragnione dziecko. Lekarz zalecił, że możemy starać się od razu o drugie, bo tak się zdarza.

Często ludzie nie wiedzą jak zareagować w takich sytuacjach. Każda kobieta potrzebuje innej formy wsparcia.

Tak to prawda. Jednak nie wolno udawać, że nic się nie stało.

O drugie dziecko zaczęliście się starać od razu, tak jak doradzał lekarz?

Nie, ja nie byłam gotowa. Po prostu się bałam. Szukałam na własną rękę informacji w sieci na temat poronienia.
Trafiłam na forum i tam za radą dziewczyn postanowiłam zrobić badania hormonalne. Wyszło, że mam niedoczynność tarczycy.
Wyczytałam też, że dużo osób bierze pewien lek na rozrzedzenie krwi. Kupiłam go, i leżał w szafie.
Bałam się sama decydować, czy czymś się wspomagać, ale wiedziałam, że lekarz mi nie pomoże rozwiązać problemu. Dla niego poronienie to codzienność, zwykła statystyka.
Jednak pewnego dnia wzięłam do ręki ulotkę. Pierwsze słowa jakie tam wyczytałam to, że działa na agregację płytek krwi.
A ja przecież czarno na białym miałam diagnozę od hematologa – agregacja płytek krwi.
Skontaktowałam się z kolegą, który jest kardiologiem. Wypytałam na czym polega agregacja i czy mogę brać kupiony lek.
Powiedział, że taka agregacja prowadzi do powstawania mikro zakrzepów, które tworzą skrzepliny i zapewne takie mikrozakrzepy zrobiły się w krwiaku, który miałam w ciąży.
Polecił mi ginekologa. Ja na własne ryzyko zaczęłam brać ten lek.
Po wizycie u ginekologa wiedziałam, że dobrze zrobiłam. Upewnił mnie uspokoił i kazał się strać o dziecko.
Tak tez zrobiliśmy. Dwa tygodnie później test pokazał dwie kreski.

Jakie emocje Ci towarzyszyły kiedy zrobiłaś test?

Ryczałam ze strachu.
Zadzwoniłam tylko do mamy,a mężowi zabroniłam mówić komukolwiek do końca 4 miesiąca o ciąży.
Po prostu ponad moje siły byłoby mówić każdemu ponownie, że straciłam ciążę.

Jak się czułaś w tej ciąży?

Od początku czułam się fatalnie. Już w 6 tygodniu trafiłam do szpitala z powodu odwodnienia. Podawali mi węgiel i nawadniali kroplówkami. Po kilu dniach wyszłam. Jednak kolejna wizyta u lekarza znowu przyniosła złe wieści.
Ponownie usłyszałam, że odkleja mi się kosmówka i powstał krwiak.
Strach wrócił…
Pozostało mi jedynie czekać, modlić się, brać leki i leżeć.
Jedyne co mnie pocieszało, to okropne mdłości jakie miałam. Praktycznie do 4 miesiąca leżałam w pozycji poziomej. Jak tylko wstawałam musiałam biec do ubikacji.
To było okropne, ale jednak dawało mi nadzieję, że jest wszystko ok.

Kolejne usg genetyczne pokazało to samo. Kosmówka się odklejała, jednak tym razem nie było krwiaka.
Za to dowiedziałam się, że będzie syn.

Od 14/15 tygodnia poczułam pierwsze ruchy i już mogłam czuć się bezpieczniej. Bo synuś dawał oznaki życia każdego dnia.

Wraz z rosnącym brzuchem rosła nadzieja, że tym razem się uda. Chociaż ciągle pamiętałam o tym, że moje krwinki się agregują i może być to niebezpieczne.

Do tego dochodził strach jak poradzi sobie mój kręgosłup z osteopenią jak brzuszek będzie większy.
Żeby dołożyć zmartwień okazało się, że mam cukrzyce ciążową. Musiałam bardzo dbać o dietę a do kolekcji lekarstw doszła insulina. To wszystko jednak dla mnie nie było ważne, chciałam tylko urodzić zdrowe dziecko.

W 7 miesiącu, kiedy myślałam, że jest już w miarę bezpiecznie, wylądowałam w szpitalu z zagrożeniem przedwczesnym porodem.
Nie wiadomo dlaczego odczuwałam skurcze, a szyjka zaczęła się skracać.
Na szczęście trafiałam do szpitala na czas.

Na izbie przyjęć czekał na mnie już mój lekarz. I tym razem mi pomógł. Szybko zareagował i zdążył wyciszyć skurcze.

Całe szczęście. Ale strach pewnie był ogromny

To była ogromna panika. Szybkie stracie z rzeczywistością, czy dziecko ma szanse przeżyć.
Wiesz kiedy coś dzieje się złego lub słyszysz w TV informację, że ktoś stracił dziecko, ciąże, męża, myślisz „mnie to nie dotyczy”. Jednak po wcześniejszych wydarzeniach już wiedziałam, że takie rzeczy dzieją się nie tylko obok – komuś innemu.
Wiedziałam, że mnie też to może spotkać.

Tym razem na szczęście się udało i reszta ciąży upłynęła w miarę spokojnie aż do 37 tygodnia.
Znowu trafiłam do szpitala ze skurczami. To była już końcówka ciąży, więc ich nie wyciszali. Po 3 dniach skurczów wypisali mnie do domu, ponieważ nie było rozwarcia.
Po tym jak wypuścili mnie do domu wieczorem trafiłam do szpitala ponownie. Niestety skurcze stały się nie do wytrzymania. Leżałam w wannie i płakałam z bólu. Tym razem próbowali je wyciszać, ale nic z tego, moje dziecko chciało do mamy.

Wylądowałam na sali porodowej.

Po 12 godzinach porodu tętno synka zaczęło spadać. Rozwarcia nie było więc w szybkim tempie zrobili mi cięcie cesarskie.

Ale się namęczyłaś biedna… Tyle dni bólu…

Warto było!

Na pewno! Lepszej nagrody nie mogłaś sobie wymarzyć. 🙂

Dokładnie. Długo o Niego walczyłam…

Na koniec tylko dodam, że jeśli ktokolwiek trafi na ten tekst, a ma obok siebie lub będzie miał kobietę, która poroni/straci dziecko. Niech nie udaje, że nic się nie stało. Dla tej kobiety to było już dziecko, może malutkie, może to były tylko dwie kreseczki na teście, ale tak zaczyna się miłość.

To bardzo ważne słowa.
Dziękuję, że chciałaś podzielić się swoją historią z moimi czytelnikami.
Życzę Ci dużo szczęścia na przyszłość. Jesteś bardzo dzielną kobietą. Dajesz przykład innym jak wielka jest matczyna miłość.

Kochani, to już ostatni wpis z cyklu 9 miesięcy niepewności. Miał on na celu pokazanie jak silna jest kobieta – matka. Ile jest w stanie udźwignąć, jak wytrwale potrafi walczyć o życie swojego dziecka.

Każda z moich bohaterek – Blanka, Roksana, Wiktoria, Julia i Maja przeżyły bardzo dużo ciężkich chwil, jednak nie poddały się, dzięki czemu zostały nagrodzone przez życie wspaniałymi dziećmi.

Co dał mi ten cykl?  Dostrzegłam w tych kobietach bohaterstwo. Jestem poruszona ich historiami, dały mi one przekonanie, że miłość matczyna jest niesamowicie silna i dla matki nie ma rzeczy niemożliwych. Dała nadzieję i pokazała, że nigdy nie wolno się poddawać, nawet w zagrożeniu życia trzeba o nie walczyć.

Przyznam Wam, że te rozmowy miały wymiar, którego się zupełnie nie spodziewałam. Po każdej rozmowie dziewczyny oddychały z ulgą i czuły się w pewnym sensie jak po terapii, ponieważ w końcu mogły się wygadać, opowiedzieć wszystko ze szczegółami. Choć przywołanie wspomnień było bolesne, to czasami po kilku latach po raz pierwszy ujrzały one w całości światło dzienne.

Dziękuję Wam moje Bohaterki. Dziękuję drodzy Czytelnicy, za to, że chcieliście poznać te historie.
Jeżeli i one zmieniły Wasze postrzeganie kobiety-matki, to podzielcie się nimi w komentarzach. Możecie również udostępniać dalej te wpisy.

Pierwszą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Drugą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Trzecią historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Czwartą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Dołącz do mnie na Facebooku!

Zobacz też:

  • Niedawno w Polityce czytałam artykuł o walce z niepłodnością. Wspomniano tam o tym, jak ciężko poradzić sobie z poronieniem. Inni nie rozumieją tego bólu; dla nich nikt się nie urodził, to nikt nie umarł.
    Mi to otworzyło oczy na kilka spraw.

  • domcia

    dziala?

  • domcia

    ten jak i inne rozmowy bardzo poruszajace. czlowiek docenia dopiero teraz to co ma.

    pozdrowienia wysylam dla wszystkich mamusiek, ktore zechcialy opowiedziec o swojej historii.

  • I tego nie rozumiem. Większość ludzi mówi, że jest katolikami, że wierzą w ochronę życia od poczęcia. A kiedy słyszą o poronieniu nie składają Ci kondolencji. Ja sama nie poroniłam, jednak powinnam mieć brata. W mojej rodzinie to był taki temat tabu, że nawet nie wiem w którym tygodniu ciąży mama była. Ja czasem się zastanawiam kim by był i jak to by było gdyby z nami był.

  • Misako – matka po japońsku

    Boże ,nie mogę czytać takich historii. Serce mi pęka i przypomina mi się moja ciąża, diagnoza poronienie, potem informacja że nie i leżenie, długie miesiące….i ten koszmary poród, za który w dużej mierze winię moją położną (bez urazy 😉 ) Na szczęście jest i u mnie happy end.