9 miesięcy niepewności #3

To już trzecia część cyklu 9 miesięcy niepewności. Dziś poznacie Wiktorię.

Ma 31 lat i zajmuje się reklamą internetową. Jest mamą cudownego synka.

5655247429_677bc162aa_bAuthor: JuditK / photo on flickr License: Attribution-NoDerivs License

Normalnie się stresuję jeszcze nigdy chyba tego nie opowiadałam…

Wiktoria, w każdej chwili w razie czego możemy przerwać, to na pewno nie będzie łatwe…

Myślę, że tego potrzebuję… To takie oczyszczenie.

Kiedy zaszłaś w pierwszą ciążę?

W pierwsza ciążę zaszłam w sierpniu 2009 r. Pamiętam ten dzień jak dziś. To był dla mnie mega szok, ponieważ nie planowaliśmy jeszcze dziecka. Miesiąc wcześniej dostałam w pracy awans.
Długo nie wiedziałam, że jestem w ciąży, bo miałam plamienia, które traktowałam jak okres. Bolały mnie piersi, brzuch tak jak co miesiąc… Zrobiłam test, bo czułam, że coś jest nie tak.
2 kreski pokazały się wówczas w 3 sekundy.

Płakałam i cieszyłam się jednocześnie. Mąż skakał z radości.

Jeszcze tego samego dnia odwiedziliśmy całą najbliższą rodzinę, żeby podzielić się z nimi naszą radością.

Który to był tydzień ciąży?

To był już 10 tydzień.

W pracy nic nie mówiłam. Bałam się.
Niestety już na pierwszej wizycie okazało się, że mam polipa na szyjce macicy. Co kilka dni pojawiało się u mnie plamienie. W 12 tygodniu lekarka zdecydowała, że należy go usunąć, bo to jego wina.

Gdybym wówczas przebywała więcej na forach, czytała co się z tym wiąże, pewnie nigdy nie zdecydowałabym się go usuwać…

Trafiłam do szpitala. To było pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Ciąża, którą zawsze odbierałam jako stan cudowny i cukierkowy, okazała się drogą utkaną cierniami.

Leżałam na sali z kobietami, które musiały leżeć, miały skurcze, często również napady lekowe…
Sam zabieg nie był bolesny, po nim plamienie ustąpiło na miesiąc.

Gdy pojawiło się ponownie, dostałam Duphaston i nakaz oszczędzania się. Musiałam iść na zwolnienie lekarskie.

Wszystko było ok. aż do świąt Bożego Narodzenia. Narobiłam się wówczas strasznie.
Znowu zaczęło się plamienie. Dostałam podwójną dawkę tabletek.

Który to był tydzień?

Jak dobrze pamiętam 18-ty.
Bardzo celebrowałam czas spędzany w domu. Czułam ruchy dziecka. Przepełniała mnie euforia. Rozmawiałam z rosnącym brzuszkiem, wyobrażałam sobie jak to będzie, kiedy maleństwo pojawi się na świecie…

Na Sylwestra byliśmy u znajomych, koleżanka również była w ciąży.
Ja nie piłam nic, ona przez cały wieczór wypiła całą butelkę wina… Nie wspominając o paleniu…

Nie była świadoma, że w ten sposób szkodzi swojemu dziecku?

Była, ale na każdy argument miała odpowiedź typu, że nie wolno nagle przestać palić – tak lekarze mówią. Że wino czerwone polepsza krew i takie tam bzdury… Tańczyła, szalała… ja tylko siedziałam…

Gdy wróciliśmy do domu nie mogłam spać. U sąsiada w kółko leciała jedna piosenka. Nie zapomnę jej chyba nigdy.
Śniło mi się, że zalewam się krwią. Śniło mi się błoto, brudy, same okropne rzeczy… Obudziłam się ze strasznym przeczuciem…

Kiedy poszłam wieczorem do toalety zobaczyłam bardzo dużo krwi. Od razu pojechaliśmy na Izbę Przyjęć.

Przerażający proroczy sen…

Dokładnie.
Lekarz który robił mi USG insynuował, że pewnie coś piłam w Sylwestra, że szalałam.
Z dzieckiem na szczęście było ok. Wówczas dowiedziałam się, że była to dziewczynka.

Wiadomo skąd było krwawienie?

Nie wiedzieli. Dostałam Luteinę, pobrali krew na badania i położyli na oddział.
Rano na badaniach stwierdzili, że łożysko przoduje. Nachodzi na szyjkę i stąd to krwawienie. Kazali leżeć z nogami w górze i tyle.

Leżałam, leżałam i leżałam…

Sprawdzali tylko codziennie czy jest plamienie i kazali dalej leżeć. I tak leżałam 3 tygodnie. Nie robili mi badań, ani nic.
Na moje uwagi, że bolą mnie strasznie plecy w nocy twierdzili, że to wina łóżka.

Robiłam się coraz bardziej blada- twierdzili, że tak działa na mnie szpital. Morfologii ani badania moczu nie miałam.

W pewnym momencie plamienie ustępowało. I zastępowało je dużo śluzu. Po 3 tyg. leżenia z tym obfitym śluzem wypisali mnie do domu. Badało mnie wówczas 5 lekarzy.

Byłam szczęśliwa, że jest dobrze. Obiecałam sobie leżeć i nie przemęczać się. Obwiniałam się za mój stan. Że to przez te święta, że po co tyle stałam w kuchni.

Kiedy weszłam do domu włączyłam TV, leciały akurat Rozmowy w toku.
Wypowiadała się dziennikarka TVN i opisywała poród swoich zmarłych bliźniaków. Z każdym detalem – oksytocyna, kilka godzin porodu… Wieczorem poszłam do toalety i zobaczyłam, że mały dotąd śluz zaczyna się lać… podpaska była mokra po kilku minutach.. Wpadłam w histerię. Mąż tłumaczył mi, że na pewno wszystko jest dobrze, przecież badało mnie tylu lekarzy…

To były wody?

Tak, to niestety były wody.

Wyszliśmy z domu nie biorąc nawet torby do szpitala, bo przecież nie wierzyliśmy w to, że to coś złego. Mówili, że jest ok.. Lekarz przyłożył papierek lakmusowy i powiedział, że sączą się wody. I, że oni to mi w tym szpitalu już nic nie pomogą, bo nie mają sprzętu do ratowania wcześniaków.

Zaczęłam płakać…

Który to był tydzień?

To był 22/23 t.c

Wysłali nas do Centrum Zdrowia Matki Polki, kłócąc się z tym szpitalem przez telefon.
Kiedy tam dotarłam, znalazłam się w piekle. Od wejścia traktowali mnie jak wroga, padały komentarze, że znowu do nich kogoś odsyłają… Po wypełnieniu sterty papierów trafiłam do lekarza.
Była 1 w nocy, lekarka spojrzała na mnie i powiedziała: ma pani infekcję, to widać gołym okiem. W międzyczasie 2 stażystki uczyły się pobierać krew na mojej ręce… Byłam nieprzytomna od płaczu… W jakiś podziemiach szpitala, w środku nocy, w szpitalnej koszuli,na boso z lecącym śluzem po nogach…

Lekarka powiedziała od razu- usuwali pani polipa? A gdzie tacy mądrzy? Takich rzeczy się nie robi w ciąży.

Przyszła położna i zaprowadziła mnie do sali. Dopiero rano miałam poznać wyniki badań… Od nich zależało co będzie dalej. Położyłam się spać i ryczałam… Powtarzałam sobie w myślach będzie dobrze, będzie dobrze, niech ten koszmar się skończy.

Zaczęłam się trząść z zimna. Poszłam do toalety – z ust leciała para –  było tak przeraźliwie zimno. Nie mogłam uleżeć. Wyszłam na zewnątrz, chciałam zadzwonić do męża, ale nie było zasięgu. Oddział był zamknięty, nie można było wyjść. Zobaczyły mnie 2 stażystki i pomogły wyjść poszukać męża.

Czułam się jak uciekinier. Znalazłam go, a z nim moich rodziców. Powiedziałam ze nie ma raczej szans ze to już koniec. Pocieszali mnie przytulali.
Musiałam iść, nie mogłam z zimna spać. Poszłam do położnej, która wściekła, że przeszkadzam jej spać, opierniczyła mnie, że biegam boso i wygoniła do sali.
Kolejny raz pomogły mi stażystki, które przyniosły mi dodatkowy koc. Nie spalam nic, tylko płakałam.

Gdy zrobiło się jasno, okazało się, że jestem na jakiejś wielkiej sali z kilkunastoma innymi kobietami, okna są uszczelnione szmatami, a dziewczyny śpią w dresach i szlafrokach – tak było zimno.

Siedziałam i płakałam.

Na obchodzie padło tylko: infekcja wewnątrzmaciczna, jak najszybciej wywołujemy poród.

To był skończony 23 tydzień.
Stałam w kolejce do gabinetu, wody ciekły mi po nogach, inne kobiety tylko pytały czemu tak płaczę.

Czyli przekroczyłaś tę „granicę 23 tygodnia”, kiedy większość kobiet oddycha z ulgą, że zagrożenie poronieniem znika. Wtedy jednak zaczął się Twój koszmar
Tak, dokładnie.

O jednej ze studentek padło: czemu tak płaczesz, tak bardzo chciałaś tego dziecka?

Jeszcze tydzień wcześniej studenci uczyli się prawidłowej budowy serca na moim dziecku, wszystko było dobrze…

Badała mnie oczywiście cala widownia – lekarze, położna, stażystki, studenci. Było mi już wszystko jedno. Płakałam, nie majac juz prawie sił. Traktowano mnie jak jakiś przedmiot, przepychano z miejsca na miejsce.
Tylko jeden lekarz okazał się wówczas człowiekiem, mówiąc: nie męczcie jej już badaniami, przecież widzicie co przechodzi.

Napisałam do męża, że jestem na porodówce w podziemiach. Żeby kupił strój do porodu bo będą go wywoływać.

Podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną.

Przed porodem zrobili Ci USG?

Tak. To ostatnie zdjęcia mojej córki.
Kiedy przyjechał mój mąż płakaliśmy obydwoje. Płakaliśmy tak 4h… Leżałam na hali do rodzenia, łóżka odgrodzone od siebie ściankami, a wzdłuż ścieżka dla lekarzy.
Słyszałam jak obok rodzą się szczęśliwie dzieci. Słyszałam radość rodziców, a sama musiałam żegnać się z własną córką.

Od razu wiedziałam co będzie dalej, krok po kroku tak, jak opowiadała dziennikarka w TVN…

Rodziłam 5 godzin, na końcu porodu dostałam jakiś ogłupiający narkotyk. Zrobiło mi się po nim wszystko jedno, „odleciałam” gdzieś daleko i obserwowałam wszystko zza mgły. Mimo to nadal płakałam. Kiedy robili mi łyżeczkowanie, słyszałam tylko „zabieramy ją do aniołkowa”…

Płakałam i płakałam…

Bardzo mi przykro…

Położyli mnie na sali 1 osobowej, tyle dobrze.

Mąż mógł zostać z Tobą?

Tak mąż mógł być przy mnie cały czas. Świat nam się załamał.
Mąż był u Mariki, ja nie. Po 3 godzinach poinformowano go, że zmarła. Mi powiedział dopiero wieczorem.

Odbierał akt urodzenia i akt zgonu jednocześnie. Dla mnie życie się tego dnia skończyło. Nie dostałam pomocy psychologa. Chciałam wyskoczyć z okna. Rodzina bardzo mnie wspierała, pocieszali.
Chociaż do końca życia nie zapomnę głosu mojego płaczącego taty, kiedy powiedziałam mu, że to koniec.

Chciałam jak najszybciej wrócić do pracy, zapomnieć. Nie chciałam macierzyńskiego, który mi się należał.

Nie chodziłaś do żadnego psychologa? Sama radziłaś sobie z bólem?

Przez pierwsze tygodnie w domu rodzina nie zostawiała mnie samej. Sama próbowałam odnaleźć sens na nowo. Wymyśliłam sobie, że szybko wrócę do pracy, odczekamy pól roku i znowu będziemy starali się o dziecko.
To mnie jakoś podtrzymywało na duchu. Praca bardzo mi pomogła, miałam dużo zajęć, nie miałam czasu myśleć. W pracy nikt nic nie wspominał, o nic nie pytał. Ja też nie chciałam mówić, czas powoli leczył rany.

Niestety miesiąc po powrocie okazało się, że likwidują moje stanowisko i moje plany runęły.

Nie wiem skąd i jak to zrobiłam, ale pewnego dnia, kiedy już gorzej być nie mogło, postanowiłam, że za wszelką cenę musi być dobrze. Znalazłam w sobie jakąś mega siłę i nie myślałam przez całe dnie o tym, co się stało, tylko zaczęłam wizualizować sobie, że będzie dobrze, że dostanę w  końcu to, o czym marzę. Widocznie tak musiało być. bo nic w życiu nie dzieje się przez przypadek.
I wtedy rzeczywiście zaczęło się układać.
Dostałam nową pracę, którą pokochałam i tak na prawdę wpadłam w jej wir. Pogodziłam się z tym, co się stało, tłumacząc to sobie tym, że widocznie los zaplanował dla mnie inną drogę.

Kiedy po trzech latach zaszłam znowu w ciążę, nie potrafiłam się cieszyć.
Bałam się, odliczałam dni do 23 tygodnia ciąży.

Od początku musiałam mieć zwolnienie lekarskie ze względu na możliwość infekcji jak poprzednim razem. Lekarka też uczulała mnie, że może być różnie i żebym się jeszcze nie cieszyła. Więc praktycznie do 30 tygodnia ciąży  nie cieszyłam się, a jedynie drżałam, że znowu scenariusz może się powtórzyć. Byłam oczywiście na Duphastonie przez cały okres ciąży, a w 27 tygodniu ciąży dostałam na wszelki wypadek sterydy na rozwój płuc synka.
Jak się okazało bardzo słusznie, bo urodził się w 35 tygodniu ciąży.

Ale pewnie były przyjemne momenty w ciąży? I ogromna nadzieja, że tym razem będzie dobrze, że musi się udać?

Okres do 23 tygodnia wyparłam z pamięci. Potem już się cieszyłam, do czasu aż nie okazało się, że mam cukrzycę ciążową. I znowu zaczął się strach.

Najgorsze jest to, że nie mam zdjęć z tego okresu. Bałam się do tego stopnia, że nie chciałam tego czasu uwieczniać. teraz bardzo żałuję. Mam tylko jedno zdjęcie.

Poród  synka odbył w 35 tyg. z powodu cukrzycy ciążowej?

Nie- cukrzyca pod koniec była już opanowana. Nauczyłam się nowej diety i zaczęłam ją nawet lubić. Poród był od razu po odstawieniu Duphastonu. Skróciła się szyjka i miałam urodzić za 2 tygodnie, a urodziłam po 3 dniach.
Zdecydowałam się rodzić prywatnie, bo myśl o tym, że mam rodzić w tych podziemiach z horroru, w boksach jak dla koni mnie paraliżowała. Nie żałuję, bo dzięki temu mam wspaniałe wspomnienia.

Ja pewnie też zdecydowałabym się na poród w innym miejscu po takiej tragedii.

Najgorsze jest to, że to miejsce powraca do mnie w koszmarach.

Moim największym przesłaniem tej historii powinno być to, żeby nie usuwać polipów w ciąży, bo zabieg ten jest zaproszeniem dla bakterii wszelkiej maści do organizmu. Ja dostałam zakażenia i gdyby nie szybkie wywoływanie porodu, mogłabym umrzeć i ja i moje dziecko.
A wystarczyło zrobić morfologię i zbadać poziom leukocytów. Dostałabym antybiotyk i pewnie nie doszłoby do takiej infekcji.

To doświadczenie zmieniło mnie kompletnie. Jestem zupełnie inną osobą niż przed ciążą. O dziwo nauczyłam się wierzyć w wielką moc jaką mają nasze myśli, nasze nastawienie do świata i, że jak się chce, to można osiągnąć wszystko.

Wiktoria, doświadczyłaś najgorszej rzeczy, która może zdarzyć się matce. Straciłaś dziecko… Jestem pod wrażeniem, że sama potrafiłaś się z tego podnieść, na nowo wskrzesić w sobie nadzieję.

Chciałabym życzyć wszystkim kobietom, żeby nigdy nie musiały odczuwać takiego bólu jaki ja czułam. A jeśli nawet czują w tym momencie, to żeby uwierzyły, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Czas to najlepsze lekarstwo.

To ja życzę Tobie, żebyś zawsze miała tyle sił ile masz w tej chwili, umocniona trudnymi doświadczeniami. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Pierwszą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Drugą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Czwartą historię z cyklu 9 miesięcy niepewności znajdziecie tutaj.

Dołącz do mnie na Facebooku!

Zobacz też:

  • Czytam tę historię i płaczę jak dziecko. Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, co musiała czuć moja imienniczka, kiedy okazało się, że jej wyśnione, wymarzone maleństwo, którego ruchy czuła w sobie, zostało „zabrane do aniołkowa”…